Bailey and Potter, CPA
erasmusplus
 

Historia szkoły...

Wspomnienia:

Jan Wyżgoł - absolwent z roku 1966

Rok 1962, schyłek czerwca.
W pewnej chwili dwie nędzne istoty ludzkie ubrane w granat i biel, z obliczem bladym, przerażonym i z lekka tępawym stanęły przed drzwiami szkoły. Nie ukrywam, jednym z ciężko przestraszonych byłem ja, a tym drugim mój serdeczny przyjaciel i kumpel z ławy szkolnej Marcin Madeja. Obydwaj mieliśmy czelność złożyć swego czasu podania do szkoły, której uczniów najstarsi obywatele grodu nazywali „sztudyntami"'. To łaskotało naszą próżność, dodawało splendoru, nobilitowało mnie w oczach Marcina i vice versa.
Nadszedł jednak czas, w którym pycha dwóch bezczelnych typów miała zostać zdeptana, ich niewiedza obnażona, a obrzydłe lenistwo wytknięte pedagogicznym paluchem Najwyższej Komisji Egzaminacyjnej, czekającej za potężnymi drzwiami, nad którymi chyba tylko przez niedopatrzenie nie umieszczono stosownego do okoliczności napisu: ,,Lasciate ogni speranza voi chentrate". Tedy porzuciwszy wszelką nadzieję, weszliśmy w piekielną otchłań, gdzie kłębił się już tłumek takich jak my desperatów płci obojga. Nie byliśmy sami i to dawało jakąś irracjonalną pociechę. Za chwilę miało się odbyć to, co nas tu wszystkich do kupy spędziło-pierwszy, prawdziwy egzamin. Nadeszła godzina „zero".
Z języka polskiego utkwiło mi w pamięci dyktando, którego autor w sposób wyraźny zdradzał skłonności sadystyczne. W tekście „rzodkiewka" sąsiadowała z „kożuchem" i z „różą". Co rusz coś „rzęziło", „huczało", „rzępoliło", a nad tym wszystkim „brzęczały uspokajająco pszczółki i chrzęściły brzuchate żuczki". Najgorsze jednak miało nadejść nazajutrz.
Matematyka! Na pierwsze podano wielokondygnacyjny ułamek do rozwiązania. Złaziłem mozolnie z tych pięter, nie wierząc ani przez chwilę w jakikolwiek sens mego benedyktyńskiego trudu. Wiek minął, zanim dobrnąłem jakoś do parteru, gdzie nastąpiło rozwiązanie i urodziłem wynik. Do dziś pamiętam. Wyszło 5 i ku mojemu zdziwieniu dowiedziałem się później, że jest to wynik prawidłowy. Do dziś pamiętam i będę pamiętał! Cudu się nie zapomina. Na drugie zaserwowano jakieś akrobacje geometryczne z przyrządami. Deseru nie przewidziano i Bogu za to dzięki.
Po paru dniach wywieszono listę z nazwiskami tych wszystkich, których Prześwietna Komisja dopuściła do noszenia czerwonej tarczy z napisem: „LO im. Adama Mickiewicza w Rudzie Śląskiej". Radość wielka. Cała paka z byłej podstawówki mogła powiedzieć sobie: ,,Do zobaczenia we wrześniu". Do starych przyjaźni i znajomości dołączyć miały nowe, ale to dopiero po wakacjach.
W roku 1966, kiedy to większość z nas kończyła osiemnaście lat, a państwo polskie wchodziło w drugie tysiąclecie, raz jeszcze przyszło nam się spotkać na egzaminach o wiele poważniejszych niż te sprzed lat czterech. To jasne, że i teraz nerwy grały. Stawka była duża, największa w tej kilkuletniej grze. Ale każdy z nas był bogatszy o przynajmniej jedno doświadczenie. Wiedzieliśmy z całą pewnością, że druga strona katedry nie jest drugą stroną barykady. Bo i któż miałby nam źle życzyć? Pierwsza dama na dworze królowej nauk - prof. Wojtusikowa? - Absurd.
Przecież nie wychowawczyni klasy prof. Kopacka. Ataman ,,Kopa", wyprowadzająca swych „Kozaków" dwa razy w roku szkolnym na kilkudniowe wycieczki. Spadł na Ciebie, Wodzu, obowiązek cierpliwego tłumaczenia nam, że poza wojażami, feriami świątecznymi i wakacjami letnimi istnieje jeszcze coś takiego jak program nauczania. Była Pani w tym tłumaczeniu konsekwentna, ej konsekwentna. Ale w ostatnim licealnym maju wyszło nam to na dobre. Dziękujemy....>>>


 

Masz uwagi co do funkcjonowania strony, napisz do mnie:
mirekzimala@gmail.com

Dane...

Dyrektor
mgr Leszek Dytkowski

Wicedyrektor
mgr Urszula Grzyśka

41-700 Ruda Śląska
ul. Adama Mickiewicza 15
tel/fax (032) 2 481 601

mickiewiczruda@op.pl

FUNDUSZ RADY RODZICÓW
nr konta:

64 1050 1331 1000 0022 6857 4643

Nip.  641-22-83-571

Regon: 277 492 304

ZAPRASZAMY

Historia szkoły...

A prof. Bytomska? Toć wystarczyło spojrzeć na człowieka, by wiedzieć, że ta kobieta nas skrzywdzić nie da, chociaż nieświadomie raniła nasze serca. Ale to już nie Jej wina, a szelmy Kupida. Miała Ci jednak wychowawczyni równoległej, zaprzyjaźnionej klasy jedną wadę, która mąciła anielski obraz ogólny. Otóż, z jakąś bliżej niezrozumiałą nam dociekliwością wyławiała z naszych wypracowań przeróżne błędy i wypisywała je na marginesie, psując   tym   samym   szatę   graficzną   naszych   dociekań   naukowych.
Każdy miał jakąś słabostkę. Pani prof. Grosman nie lubiła na przykład, gdy ktoś z nas posyłał pod Płowce Tatarów, nawet wówczas, jeśli ten ktoś w ramach zadośćuczynienia pozwolił wykrwawić się Krzyżakom pod Legnicą. A czyż to nie jedno, kto gdzie wroga prał?
Lata sześćdziesiąte to okres wielkich przemian w Afryce. Co chwila jakieś państwo uzyskiwało niepodległość i najczęściej z tej okazji zmieniało swoją nazwę. Budził się taki Murzyn rano i nie wiedział, jak się jego ojczyzna aktualnie nazywa, a pani prof. Solecka już wiedziała i, o zgrozo, nam też kazała wiedzieć.
Ryszardzie Lwie Serce, profesorze Puzik! Czyż szkolone przez Ciebie w ramach przysposobienia wojskowego hufce rycerskie nie zdobywały sławy w turniejach organizowanych przez LOK? Zdobywały. I co? Nawet wtedy nie pozwoliłeś włoskom podrosnąć poza regulaminowe, ,,co pod ręką to twoje, reszta należy do pana fryzjera".
Drogi profesorze Gawron! Pan przypadkiem nie posądzał pewnej grupy uczniów o niechęć do zdobywania wiedzy? My młodzi i zdolni ludzie chcieliśmy rozwinąć podstawowe idee teorii fotonów, wykazać równoważność masy i energii, sformułować teorię ruchów Browna. Nie nasza w tym wina, że zrobił to wcześniej pazerny na odkrycia Einstein. To, co Pan nazywał lenistwem, było zwykłą frustracją ambitnych fanatyków nauki, Panie profesorze.
Szanowne, kochane Ciało Pedagogiczne tamtych lat!
Wypominałem Wam winy Wasze, ale na Boga, w imię przyjaźni jaką nas darzyliście, w imię Waszej świętej cierpliwości, którą przyszło po latach podziwiać, nie wypominajcie win naszych. Miały  inny  wymiar.   Prawdziwy.
Przyjaciele Pedagodzy!
Cofnijcie czas, a obiecujemy grzechów lat cielęcych nie powtórzyć.